Zaznacz stronę
O tym, że matki małych dzieci chcą robić coś więcej niż prać i gotować, wiedzą dziś już chyba wszyscy. Wrzawy wokół matek jest zawsze dużo. Jedni nie doceniają, inni przeceniają, każdy coś tam kiedyś czytał/słyszał/wypowiedział się. I dobrze. Bycie matką to oczywiście wspaniała rzecz, nikt nie zaprzeczy. To naprawdę Wielka Sprawa. Mam taką koleżankę, która za każdym razem powtarza, jakim to ogromnym szacunkiem darzy wszystkie kobiety decydujące się na macierzyństwo. Uważa też, że wręcz nieprawdopodobnym jest, iż taka matka nie dość, że jest matką, czyli tuli, karmi, nosi, przebiera, leczy, kocha, nie śpi itd., to jeszcze czasem posprząta, ugotuje obiad mężowi i nie daj Bóg, tak zupełnie przy okazji, od niechcenia jakby, stara się zarobić, a może zrealizować swoje pasje, marzenia, ambicje? I nie dość tego, mówi ta moja Koleżanka, jeszcze musi jakoś tam zadbać o siebie. No, żeby wyglądać dla tego męża na przykład, albo po prostu dla siebie, albo czy ja wiem, dla dzieci? No fakt, trochę tego się nazbierało. Muszę przyznać mojej Koleżance, która matką wcale nie jest, ale za to ma zmysł obserwacji, jak mało kto, że dużo racji w tych jej rozważaniach. No bo jak już się zostało matką, to owszem trzeba tego potomka odchować. Nie obejdzie się bez karmienia, zmiany pieluchy czy innych takich. A tak po drodze, jak już się próg kuchni przekroczy, to można machnąć obiad dla pozostałych członków rodziny, nie to, że tylko dla męża! Rzeczywiście, warto się także czasem uczesać, czy może przypudrować trochę worki pod oczami, a czemu nie? Przelotem, nawet, jak do toalety musisz (bo trudno, czasem po prostu nie masz wyjścia), to machniesz kreskę pod okiem i już! Gotowe! Od razu lepiej! No dobra, a co z tą pasją, zarobkiem, ambicją? Dajmy na to, że postanawiasz nie wracać na etat, ale spróbować sił we własnej firmie. Nie żeby zaraz korporację tworzyć, ale bierzesz komputer i zaczynasz coś tam pisać. A to tekst na www, a to jakiś artykuł skrobniesz, opowiadanie gdzieś wyślesz, a może jakiś blog…? Czemu nie? Lubisz. Może nawet umiesz. A może ktoś Ci kiedyś powiedział, że umiesz. A Ty wierzysz, bo to był Ktoś Wyjątkowy. Pobudki są nieistotne. Chcesz, postanawiasz i robisz. Dobrze. Znowu dobrze! Brawo! Zuch dziewczyna. Na pewno dasz radę. A Ty nagle wpadasz na jakże genialny w swej prostocie pomysł, że zaprowadzisz dziecię do przedszkola! Już nie jest takie małe, już samoobsługowe w pewnym sensie, wygadane (ba! nawet bardzo), generalnie nasłuchałaś się, że tam to dopiero się rozwinie! Rozkwitnie! Nauczy wszystkiego! Pomyślałaś, że owszem, plan jest dobry. Teraz tylko trzeba go zrealizować. Nieważne, że dzieciak przyklejony do Ciebie. Nieważne, że boisz się, jak cholera, że nie da rady i, że Ty nie dasz rady. Nieważne, że po zastanowieniu dochodzisz do wniosku, że jakoś tego nie widzisz… śmiało i dzielnie, prawie z uśmiechem na twarzy i, co tu ukrywać, strachem w sercu, idziesz do przedszkola, ciągnąć za sobą swoją pociechę. Przekraczasz próg przedszkola i … już wiesz, że nic z tego. W drzwiach każdej sali barierki, a przy nich tkwią przyklejone maluchy, wydzierające się co sił w malutkich piersiach. W pokoju, gdzie ma przebywać Twoje szczęście, niebywały porządek i zero ciekawych zabawek, puste szuflady. Nie znajdujesz śladu dziecięcej radości, zabaw i psot. Dzieci, jak zniewolone siedzą wokół stolików i patrzą smutno przed siebie. Nie! No nie taką wizję przedszkola miałaś przed oczami. Nie tak miało być! No tak, jesteś przewrażliwioną, nadopiekuńczą matką, no oczywiście, że przesadzasz jak zwykle i naturalnie wszyscy będą mieli rację patrząc na Ciebie z ironicznym uśmiechem i pobłażaniem, ale przecież nie możesz zostawić tam dziecka! Tak. Macierzyństwo to Bardzo Wielka Sprawa. Wielkie dylematy, wielki strach i jeszcze większa miłość. Zatem, wracasz do domu, z dziecięciem przyklejonym do Ciebie i już w drodze układasz plan, jak to wszystko pogodzić. Dom, dziecko, firma, praca, dom, dziecko, obiad, kreska pod okiem, szybki prysznic, kawa w drodze, pranie itd. I kiedy tak zastanawiasz się, jak to możliwe robić tyle rzeczy jednocześnie, przybiega do Ciebie Twoje maleństwo, rzuca Ci się w ramiona i krzyczy: „Kocham Cię mamo! Jesteś najlepszą mamą na świecie! Nie zamieniłabym Cię nigdy!”. I już masz pewność, że pogodzisz. Że napiszesz, ugotujesz i nawet zdążysz byle jak oko pomalować…

A Wy? Dajecie radę? Wierzę, że tak. Może jednak zechcecie podzielić się swymi przemyśleniami?