Zaznacz stronę

Podwórkowe dzieci”

Jego małe, przenikliwe oczka świdrowały na wylot. W brudnej koszulce na ramiączkach, ledwo zakrywającej niezmierną chudość jego ramion, patrzył wyzywająco na kolegów.

– Czego się boicie, niedojdy jedne!- mówił, cedząc słowa przez szpary po brakujących zębach- przecież nic nam nie mogą zrobić! Najnormalniej w świecie tam pójdziemy…już ja wiem, co i jak. Zobaczycie, nachapiemy się, że ho ho! No co się gapicie?! Gęby porozdziawiali.- ostatnie słowa mówił niechętnie. Chciał dać im do zrozumienia, za kogo ich uważa.

Janek był najstarszy w grupie. Miał 10 lat. To jednak wystarczyło, żeby wieść prym. Niczego się nie bał, nie był takim „siusiumajtkiem” i „maminsynkiem”, jak inni. Czasem się zastanawiał, czego oni się boją, dlaczego się tak ociągają, marudzą.

Byli dziećmi podwórka, blokowiska to za dużo powiedziane. Stały tam dwa bloki na krzyż. Okolica smutna taka, z dala od centrum miasta, choć i samo miasto pozostawiało wiele do życzenia. Wszyscy traktowali ich jak gorszych, wyrzutków, to i tak właśnie się zachowywali. Trzeba było sprostać swojemu wizerunkowi, a jak! Cała reszta gapiła się na niego jak zaczarowana.

– A jak nas złapią? Znowu będą kłopoty. Matka i tak jest na mnie cięta- mówił najmniejszy z zebranych, umorusany Michaś.

– A nie lubisz słodyczy? Nie pojadłbyś sobie trochę, co? Przecież to łatwizna, nawet się nie zorientują, zobaczysz. Już od kilku dni chłopaki tam biegają, żeby wyczaić sytuację. Nie bój żaby, będzie git. – słowa Janka padały w letnią ciszę, pomiędzy zgromadzonych urwisów.

To nie było tak, że nie lubił słodyczy, czy że nie chciał sobie „podjeść”, to nawet nie było tak, że bał się matki. To było coś innego, jakieś wewnętrzne ukłucie, niepokój, nie umiałby tego dokładnie wytłumaczyć. Coś mu mówiło, że nie jest tak, jak powinno być, że nie zachowuje się tak, jak zachowuje się większość maluchów. Czasem widział, jak rówieśnicy spacerują z rodzicami za ręce, jak idą na lody, na hamburgera do McDonalds’a. Zazdrościł im strasznie. Łzy same cisnęły się do oczu. Wtedy szybko się uspokajał i budził w sobie inne uczucie- złość. Tą wielką chimerę, potwora o wielu twarzach, o budzącym grozę spojrzeniu. Niesprawiedliwość świata doskwierała mu bardzo, nie umiał sobie z nią radzić. Jedynym wyjściem było życie w tej małej społeczności podwórkowej, której przewodził Janek. Nie zgadzał się z tym, co on mówił, czasem czuł potrzebę zaprotestowania, ale nie miał dość siły, by się przeciwstawić. Z drugiej strony Janek mu imponował, tak świetnie radził sobie z tym życiem. Taki był samodzielny. Nie potrzebował ani mamy ani ojca, sam sobie wystarczał.

A Michaś bardzo tęsknił za tatą. Tatą, którego nawet nie pamiętał, co gorsza, nie pamiętał nawet jego imienia. A może po prostu nie chciał pamiętać. Po co zaprzątać głowę niepotrzebnymi informacjami! Nie ma go. Nigdy nie było. Ani wtedy, gdy nauczył się jeździć na rowerze, ani wtedy, gdy zbił głowę i leżał w szpitalu, Ani wtedy, gdy zaczynał się włóczyć i czasem straż miejska przyprowadzała go do domu. Nie było, kiedy matka obojętnie spoglądała na niego wyciągając pas. Nie było, kiedy płakał w ciemnościach, ani wtedy, gdy przestawał już płakać…

-Masz rację, idźmy. Nie ma co czekać. Ani się zastanawiać. Chłopaki? Idziemy.- słowa jakoś same wyskoczyły z jego ust. Aż się zdziwił, że przyszło mu to z łatwością. Wszyscy spojrzeli na Michasia z niedowierzaniem.

– No i to mi się podoba, Stary!- skrzywił się w uśmiechu Janek.- Tak trzeba, chłopaki. Nie, że się mamusi boi jeden z drugim. Musimy być twardzi! Czego was zawsze uczyłem? Że życie daje nam po dupie i nie raz jeszcze da! Albo ono będzie górą, albo my! Jasne??

– taaak- niepewnie wyszeptały głosy.- zrooobi się, Janek.

– No- powiedział jeszcze i odchodząc krzyknął przez ramię- widzimy się wieczorem. Nara!

Zapanowała cisza. Zza bloku wybiegł Mały. Zawzięcie kopał piłkę, nie zważając na przejeżdżające ulicą samochody.

-Uważaj gówniarzu!!- warknął kierowca opla, wychylając głowę przez uchylone okno- nie masz gdzie piłki kopać smarkaczu jeden?!

W odpowiedzi Mały pokazał mu język i środkowy palec.

– Hołota!- padło jeszcze wściekłe słowo i opel odjechał w stronę głównej ulicy.

– Właśnie, „hołota”- pomyślał Michaś- zawsze to samo. A gdzie my mamy się podziać? Co mamy robić? Całe dzieciństwo, odkąd pamięcią sięgał, biegali między dwoma blokami, po ulicy i parkingu. Plac zabaw był dla dwulatków, albo jeszcze mniejszych dzieciaków, nie wypadało, aby oni się tam pałętali. Nie dało się tam ani kopać piłki, ani grać w kapsle, ani jeździć na rowerze. Została ulica. Kawałek właściwie. Takie to wszystko nie w porządku- pomyślał ze złością i podjął ostateczną decyzję. – Trzeba to zrobić. Nie ma innego wyjścia. Poza tym Janek byłby zły i skończyłoby się sińcami pod okiem. Tak, jak ostatnio. Przed oczami stanął mu obraz wściekłego kolegi, dłoni zaciśniętych w pięści i wykrzywionych w grymasie ust. A potem był już tylko tępy ból w głowie i piekące łzy pod powiekami. Nie pozwolił im jednak popłynąć, nie mógł być miękki. Nie chciał zobaczyć znów tego uśmiechu litości i pogardy, ani usłyszeć przytyków kumpli.

– Beksa. Płaczek. Mazgaj. Bądź facet! Nie rycz- wołali jeden przez drugiego. Odważni byli, kiedy nie oni obrywali. Fajnie było być widzem, stać w kółeczku i dopingować Janka, jak rozdzielał razy. Jasne, że byli tacy, którzy współczuli, ale nie mogli się z tym ujawnić. To by ich zdyskwalifikowało całkowicie. Okazanie litości oznaczało słabość, małość. Tu liczyło się wszystko, tylko nie bycie uczuciowym. I Michaś doskonale o tym wiedział mimo swoich 8 lat. To, że był najmniejszy z nich wszystkich, nie oznaczało, że był głupi! Wiedział i wiele rozumiał. Nawet więcej niż inni. Jak niczego na świecie, pragnął się stąd wyrwać, uciec, nie być w tym miejscu i czasie. Ale były to tylko pobożne życzenia. Pragnął czuć miłość i zainteresowanie matki, ale to było wręcz niemożliwe. Już od dawna na niego nie spojrzała. Omiatała go tylko niewidzącym wzrokiem. Nawet gdy spuszczała mu lanie, nie raczyła na niego zerknąć. Robiła to mechanicznie, jak robot. Te same wyuczone ruchy, gesty, nic nie znaczące.

– Nie mogę się rozkleić- tłumaczył sobie po cichu.- Podjąłem już decyzję. Dam radę. Nie myśleć tylko o tym wszystkim, nie myśleć, za żadne skarby nie dopuścić do siebie myśli.

– Zabierać się stąd gówniarze! Wynocha! Nudzi się wam? Mam wam znaleźć zajęcie? Jak was zamkną to się nie będziecie nudzić- facet w niebieskim kombinezonie wydzierał się na nich od kliku minut.

– A co nam zrobisz szmaciarzu? Tak, co? Mamy prawo tu siedzieć. Nic złego nie robimy- krzyczeli jeden przez drugiego, podskakując jak zadziorne koguciki. Facet machnął ręką i poszedł do swojej roboty, oglądając się co chwila w kierunku zgromadzenia.

Było ich kilku. Mały, Rudy, Michaś i Skuba. Robili rekonesans. Polegało to na siedzeniu na murku, udawaniu, że tylko chwilowo sobie odpoczywają, ot tak, bez celu. Jednakże bystre kilkuletnie umysły rejestrowały każdy szczegół, każdy ruch i czynność pracujących tu ludzi. Kiedy podjeżdżają auta pod załadunek, kiedy odjeżdżają, ilu osób pakuje towar, o jakich godzinach, porach dnia, dniach tygodnia… siedzieli i notowali w pamięci. Musieli mieć pewność, że plan się powiedzie, że wszystko pójdzie sprawnie i bez kłopotów. Nikt nie chciał oberwać od Janka, ani od jego kumpli z bloku obok. Dlatego trzeba było się postarać. Nie nawalić. Nie dać ciała, jak mawiał Janek.

– Ty, a kiedy będzie akcja?- pytał podniecony Rudy.- Już nie mogę się doczekać, ręce mnie swędzą- podrygiwał w miejscu, jakby rzeczywiście coś mu dokuczało.

– Spokojna twoja rozczochrana- uspokajał go Mały- jutro, względnie pojutrze, damy czadu. Wyluzuj, bo za bardzo się spinasz.

Rudy skrzywił się pokazując swoją niechęć do Małego. No jakoś go nie lubił, nie przepadał za nim. Zwłaszcza od momentu, kiedy Janek zaczął go chwalić. Zdobyć sobie uznanie Janka to było coś! Ho, ho, dobrze by było być jego najlepszym kumplem. Ale nie! Przypałętała się ta niedojda, ten smarkacz, wypierdek, nie dorastający mu do pięt! I zajął jego miejsce! Rudy splunął Małemu pod nogi i ostentacyjnie się odwrócił. Postanowił na niego nie patrzeć i nie słuchać jego bredzenia.

Mały był rzeczywiście niewielkiego wzrostu, o drobnej twarzy i dość pospolitej urodzie. Nie rzucał się w oczy, a jego bardzo jasne włosy były krótko przystrzyżone. Zawsze ubrudzony, z wiecznie odartymi łokciami i kolanami. Pierwszy piłkarz na podwórku. Wołali też na niego kaskader, bo nie było drzewa, na które by nie wlazł, ani dołu, w który by nie zajrzał. Wychowywał się sam, jak ich większość. Matka wiecznie pijana, rzadko wychodziła z domu. Raczej nie zdarzał się dzień, kiedy była na tyle trzeźwa, żeby pokazać się ludziom. Ojciec jej dopingował. Trzeźwiał na tyle, żeby wybrać się do pobliskiej Biedronki po nowy zapas alkoholu. Mały biegał całymi dniami po dworze, nie zważając na porę roku. Ulica między blokami była całym jego światem. Nie chodził jeszcze do szkoły, nie mógł sobie też wyobrazić, że kiedyś tam pójdzie. Póki co, biegał, grał w piłkę, szalał na rowerze i bił się z kumplami. Czasem chodził też ze starszymi na drobne kradzieże, żeby zdobyć fach. Myślał, że jeśli się dobrze wyuczy, nie będzie musiał iść do szkoły, a co najważniejsze nie będzie musiał siedzieć z Nimi w domu. Nie nazywał ich rodzicami. Nie mógł się na to zdobyć. Rodzice, rodzina, mama, tata, kojarzyło mu się to z czymś odległym, nieznanym, zapomnianym. Czasem wydawało mu się, że coś pamięta, wie na ten temat, ale wrażenie to było ulotne i mgliste. Równie szybko jak się pojawiało, znikało, pozostawiając jedynie niesmak. Życie w ciągłym alkoholowym odorze, z nic niewidzącymi „nimi” było nie do zniesienia. Dlatego wymykał się każdego ranka, a wracał późnym wieczorem. Właściwie równie dobrze mógł nie wracać wcale. Nikt by się nie zdziwił, ani nie zmartwił- pomyślał. Uśmiechnął się pod nosem do swoich wcale niewesołych myśli. Na Rudego podziałało to jak płachta na byka.

– Zupełnie nie rozumiem, czemu to ty niby masz dowodzić naszą akcją! Że niby co? Taki mądry? Kurdupel jesteś i tyle!- spinał się Rudy. – Nie mam zamiaru cię słuchać, idę do Janka- syczał coraz bardziej rozsierdzony.

Odwrócił się na pięcie i pobiegł w kierunku dobrze sobie znanej ulicy. Musiał się schować. Przeczekać. Wcale nie miał zamiaru gadać z Jankiem i tak nic by to nie dało. Janek miał swoje zdanie, a raz podjętej decyzji nie zmieniał. Dlatego właśnie to on był przywódcą, ich opiekunem i przewodnikiem po trudnych dziecięcych latach. Jeśli ustalił, że Mały ma ich poprowadzić, to tak musi być. Bunt nic tu nie pomoże. Mały. Mały. Ach jak on go złościł. Już sam nie wiedział, czy to tylko przez zazdrość, że zaskarbił sobie łaski Janka, czy dlatego, że zawsze tak sobie świetnie radził, zawsze wesoły biegał po podwórku. Nie rozumiał swojej niechęci do tego jasnowłosego chłopaka. Jednakże tkwiła ona jak zadra, kłuła, piekła i nie dawała mu spokoju. Czasem Rudy przyłapywał się na tym, że wpatruje się w niego, gdy Mały wyczynia swoje akrobacje na rowerze, albo z niekłamaną radością wbija gole w bramkę przeciwnika. I otrząsał się z niezdrowego poczucia uwielbienia. Gdzieś głęboko w umyśle Rudego tkwiło pragnienie bycia podobnym do Małego. Nawet, gdy porównywał swoją powierzchowność z wyglądem kolegi, musiał uczciwie przyznać, że wyglądał dość, jakby to ująć, niekorzystnie. Te jego przeklęte, ogniste włosy! Jakby paliło mu się na głowie! Ludzie- stodoła płonie!! – wołali za nim kumple. –Czysty ogień!- Rudy, rudy lis!

Przezwiska sypały się na jego rudą głowę ze wszystkich stron. Na dodatek te okropne piegi!

– Cholerna jasna! Do dupy z takim wyglądem! Świecę się z daleka i w ciemnościach! Nic dziwnego, że Janek mnie nigdzie nie chce zabierać, że nie zleca mi poważnych zadań… przecież widać mnie z daleka! Pojebane to wszystko- Rudy mimo swego wieku, nie ustępował dorosłym w umiejętności przeklinania. W tym był naprawdę dobry. Tak przynajmniej myślał. Czuł się taki dorosły. Taki ważny i męski, kiedy mógł wplatać w swoje wypowiedzi liczne przekleństwa. Zapominał na moment o swoich kompleksach, o swoich niedoskonałościach. W domu musiał się hamować, bo jednak rodzice nie lubili jak się „wyrażał”. Też coś- myślał – im wolno, niby czemu? Ale starał się powstrzymywać, żeby nie oberwać. Ani nie doprowadzić do krzyku. Nie cierpiał, kiedy matka się darła. A potrafiła to robić. Oj tak. Kiedy szli na przykład do sklepu z młodszymi braćmi. Jeden jechał w wózku, drugi szedł trzymając się spódnicy matki. On, jako najstarszy, szedł za nimi albo nieco z przodu. Matce zawsze to przeszkadzało. Ze wszystkiego robiła problem, że za wolno idzie, że za szybko, że się oddala, że marudzi, że nie pomaga… dużo tego było. Nie miał ochoty jej słuchać. To, że był najstarszy oznaczało tylko jedno: najwięcej kłopotów. Czasem tak się darła, że ludzie na ulicy odwracali się za nimi. Wtedy było jeszcze gorzej. Pokazywał im język, albo warczał na nich nieprzyjaźnie. I ludzie myśleli, co myśleli, że patologia, że bachory, że hołota. Czytał to z ich oczu, ze spojrzeń, z półuśmiechów. Jeszcze gorsi byli ci, którzy spoglądali z litością. No tego nie mógł zrozumieć!

– Co oni mogą wiedzieć. Burżuje! Wszystko mają, czego tylko chcą. Te ich dzieci uczesane, czyściutkie, przytulone do mamusi. Dzidziusie jedne! Smarki wstrętne!- czuł jak w gardle rośnie mu wielka klucha. Wiedział, co to oznacza. Zaraz zacznie piec w oku. Potem pocieknie z nosa. –Do bani z tym wszystkim…

Janek siedział na krawężniku przed domem. Skubał suchą bułkę. Zastanawiał się, jak przeprowadzić cały „skok”. Zastanawiał się czy dobrze rozdzielił zadania. Wybrał Małego. Był go najbardziej pewny. Wzbudzał zaufanie, był szalony, ale umiał się odnaleźć. No i był szybki. Co do Michasia, miał mieszane uczucia. Czasem zdawało mu się, że wymaga opieki, że ktoś musi go poprowadzić. Trochę, jakby miał brata. O którym trzeba pomyśleć, pomóc… dlatego koniecznie musiał brać udział w akcji- tak po dorosłemu nazywali swoje wyczyny. A Rudy? Z nim zawsze były kłopoty. Zawsze najbardziej się stawiał, rzucał, pyskował, złorzeczył.- Rudy ma niewyparzony pysk, jak słowo daję- uśmiechnął się sam do siebie- ale w tym jakby jego urok. Lubił go. Mimo wszystko, darzył go sympatią. Nie tak, jak Michasia na przykład, bo byli różni. Jak ogień i woda. I znów ten ogień- zaśmiał się na głos. –Dałby mi Rudy, jakby to słyszał- ha, ha, ha- nie mógł przestać się śmiać. Prawdziwy RUDY.

– Cemu tak siedzis tu sam?- przypałętał się jakiś maluch na trójkołowym rowerku. Janek spojrzał na niego ze zdumieniem. Nikt tu nie jeździł na takim dziwolągu, na trzech kółkach! Tu dzieci od razu wsiadały na dwukołowy wehikuł. Zazwyczaj po starszym bracie. Albo zgarnięty z jakiegoś śmietnika, wyklepany, posztukowany. Mało kto miał okazję jeździć na nowym, stalowym rumaku. Chyba, że miał szczęście być w wieku komunijnym i po drugie miał w rodzinie kogoś, kogo było stać na taki zbytek. Zresztą na co komu nowy rower, skoro zaraz wszyscy po kolei będą na niego wsiadać i zdzierać koła, aż do łysej dętki.

– A tyś co za jeden? – zapytał z uśmiechem na twarzy.

Maluch mierzył Janka od stóp do głów, żując gumę z otwartymi ustami.

– Ja jeśtem Ośkal, mieśkam tu- pokazał brudnym palcem okno w bloku naprzeciwko.

– Ach Oskar. Ty jesteś ten nowy, co to z mamą się wprowadził kilka dni temu- coś zaskoczyło w głowie Janka.- A gdzie twój stary? Ojciec?

– Nie ma – powiedział po cichutku, wręcz wyszeptał w stronę Janka. I zaraz się oddalił na swoim małym śmiesznym rowerku.

– Następny.- pomyślał Janek i posmutniał. Przypomniał sobie chwile „sprzed”. Swoje życie podzielił na dwa etapy: przed i po. Wszystko, co było przed fatalnym wydarzeniem, było piękne, czyste i nieskazitelne. Było jak delikatna mgiełka, ledwo unosząca się w powietrzu. Letnie muśnięcie wiatru. Z oddali majaczyły mu uśmiechnięte twarze rodziców. Spokój. Radość. Bezpieczeństwo. To wszystko kojarzyło mu się z czasami, zanim ojciec stracił pracę. Potem była rozpacz, łzy, udzielający się wszystkim niepokój i przeprowadzka. Najpierw zamieszkali z babcią, w małym jednopokojowym domku, z kaflowym piecem. Nie było się gdzie ruszyć, ale przynajmniej było ciepło, sucho i było gdzie położyć głowę. Z tych czasów pamiętał jeszcze ciągłe rozmowy rodziców, kiedy myśleli, że spał. Omawiali te wszystkie „trudne dorosłe sprawy”. A jeszcze potem przeprowadzili się do mieszkania socjalnego, które jakimś cudem udało im się zdobyć. I tak zaczął dorastać na ulicy między dwoma blokami. Mieszkanko było bardzo małe i ciasne. Na chwilę zapanowała radość i spokój. Wydawało się, że wszystkie kłopoty znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak się jednak nie stało. Któregoś dnia Janek usłyszał te przerażające słowa. Zupełnie niechcący, wpadł do pokoju i zobaczył zapłakaną matkę i czerwonego ze złości ojca. Matka stała z walizką w ręku. Gdy go zobaczyła po prostu odwróciła się i wybiegła. – Mamo!- krzyczał ile sił w płucach.- Nic się nie wydarzyło. Słowa okrzepły w przytłaczającej ciszy. Nie słyszał nawet oddechu ojca. I nagle dobiegł do niego dziwny dźwięk. Obudził się z odrętwienia. Jego wzrok padł na stojącego w kącie ojca. Stał zakrywając dłońmi twarz i szlochał. Jankowi oczy rozszerzyły się z przerażenia. Ojciec płacze. Jego silny, duży tato płakał jak dziecko..- odeszła- szloch przeszedł w regularne łkanie- na zawsze. Długo nie mógł tego zrozumieć. Treść tego zdania nie chciała do niego dotrzeć w żaden sposób. Całym małym ciałkiem czuł, że coś złego się wydarzyło, ale nie umiał tej wiedzy przyswoić.

Od tamtej chwili nic nie było takie samo. Matka zniknęła. Ojciec został. Nieobecny duchem. Nie widzący nic ani nikogo. Całymi dniami siedział przy oknie i wpatrywał się w dal. Początkowo zaglądała ciotka Monika. Przyniosła coś do jedzenia. Ogarnęła mieszkanko. Zrobiła zakupy. Pogłaskała Janka po głowie. Potem także zniknęła. A Janek musiał radzić sobie sam. Całymi dniami włóczył się po dworze. Łaził po pobliskich krzakach. Czasem dostał świeżą bułkę od zaprzyjaźnionego piekarza. Czasem wygrzebał trochę starych cukierków z pobliskiej fabryki. Przechodząc obok chłonął całym sobą zapachy. Przypalonego cukru, świeżych bułek, albo dla odmiany farby drukarskiej. Miał to szczęście, że w okolicy było kilka ciekawych miejsc do zwiedzenia. Zawsze coś innego. Zawsze coś się działo. Taki mały kawałek wielkiego świata. Najbardziej lubił patrzeć na wielkie tiry podjeżdżające pod fabrykę. Marzył, że kiedyś będzie takim samochodem jeździł po całym świecie. Wolny. Daleko stąd…

Wspomnienia przerwał Rudy, który zjawił się niewiadomo skąd. Usiadł obok Janka i oparł twarz na dłoniach. Minę miał niewesołą. Przed oczami wciąż majaczyła mu sylwetka Małego. Złość jeszcze nie przeszła.

– Co tam?- Janek wyrwał się z objęć niewesołych wspomnień.- Jak tam sytuacja? Gotowy?- pytał z ledwie dostrzegalnym uśmiechem.

– W mordę! Nie idę z nimi! Janek! Nie idę!- Rudy potrząsną energicznie rudą czupryną i wydął wargi w charakterystycznym dla siebie grymasie.

– Coś ty?!! Pojebało cię całkiem!! – Janek aż zaczerwienił się ze złości- wszystko już omówiliśmy. Ustaliliśmy. Zadania rozdzielone!! Nawet nie waż się tak mówić!- teraz Janek już stał nad Rudym. Krzyczał mu prosto w twarz.

– Nie dam rady! Nie rozumiesz co do ciebie mówię?- pierwszy raz przeciwstawił się tak otwarcie. Nie bał się. Było mu już wszystko jedno. I tak jest do dupy!!- otrzeźwił go silny kopniak Janka.

– Wstawaj! Rudy, wstawaj, słyszysz!- teraz już cedził przez zęby. Szarpnął go za rękaw i podniósł do góry. Janek był naprawdę silny. A Rudy po raz kolejny zdziwił się, że z taką łatwością dał się pociągnąć w górę.

Stali naprzeciwko siebie i wpatrywali się jak dwa jastrzębie gotowe rzucić się sobie do gardeł.

Pierwszy ochłonął Rudy. Nagle, jakby ktoś wylał mu kubeł zimnej wody na głowę. Zreflektował się. Obudził.

– Sorry Janek, nie miałem tego na myśli, oczywiście, że pójdę, że dam radę, zapomnij, że coś tam marudziłem. Dobrze? Tylko już nie złość się na mnie. Pójdę, słyszysz????? Pójdę!!- był to istny słowotok, którego nie umiał przerwać. Wszystko to powiedział pawie jednym tchem, bo nagle ogarnął go strach. Że Janek się wścieknie, że nie będzie się chciał z nim zadawać. Nie bał się bólu i uderzeń silnego kumpla. To było do zniesienia. Najgorszy był strach przed odrzuceniem. Z tym nie dałby sobie rady na pewno. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nogi ugięły się pod nim, kiedy o tym myślał. Opadł na kolana i zaczął chlipać. Łzy potoczyły się po jego policzkach. Był pokonany. Zdruzgotany.

– Nie becz, no już przestań- głos Janka złagodniał. – Nie trzeba. Jest dobrze –głaskał go delikatnie po głowie. Po chwili zawstydził się tej nieoczekiwanej czułości. Chrząknął, poklepał Rudego po ramieniu, po czym odezwał się pojednawczo.

– Każdy ma takie chwile, gorsze, kiedy się zastanawia, boi albo po prostu ma wątpliwości.

– Wątpliwości? Co to znaczy? – Rudy podniósł na niego zapłakane oczy.

– No wiesz, czasem nie wiadomo co wybrać. Jaką podjąć decyzję. Co zrobić. Prawda? Miałeś właśnie taki moment. Zgadza się?- Janek wpatrywał się w Rudego zachłannie. Jakby oczekiwał jakiejś konkretnej odpowiedzi. Potwierdzenia. Albo zaprzeczenia. Sam nie wiedział czego dokładnie. Czego spodziewał się po tym małym, zagubionym, jak większość z nich, dzieciaków. Maluchów, które czasem nie rozumiały nawet o co mu chodzi. O czym mówi, czy pyta.

– Halo. Rudy- szepnął cicho- już dobrze?

– Tak- Rudy chwilę się wahał, ale widać było, że atak histerii minął.- Już ok! Przepraszam Janek. Nie gniewasz się?- pytał z trwogą widoczną w oczach.

– Nie, nie. Jasne, że nie- zaprzeczył gorliwie Janek. – Nie przejmuj się. Muszę teraz iść.. widzimy się jutro rano, tak? Obgadamy szczegóły, dobra? – upewniał się, powoli cedząc słowa.

Rudy przez chwilę wpatrywał się w dal. Zastanawiał się, co właściwie się stało. Dlaczego tak zareagował. Po prostu się bał. To był strach. Potwór, który do tej pory mieszkał w ciemnym kącie pokoju, a teraz zaczął atakować znienacka. Nawet tu i teraz.

– Jasne- wyszeptał. Na więcej nie miał siły.

Janek odwrócił się i nie oglądając za siebie, wszedł do domu. Rudy pochylił głowę i ukrył w ramionach…

Obudziły go promienie słońca, nieśmiało przedzierające się przez szpary między zasłonami. Rozejrzał się po pokoju, już miał się uśmiechnąć na myśl o ciepłym letnim dniu, gdy uświadomił sobie, że dziś jest „ten” dzień. Cała radość uleciała jak z przebitego balonika. Pomyślał, że nie warto wstawać. Odwrócił się na bok i zacisnął powieki z całych sił. Mocno, jakby miało to pomóc przestać myśleć i bać się.

-Michaś, Michaś- dobiegało z zewnątrz, spoza zasuniętych starych zasłon.- Mi-chaś, Mi-chaaaaśśśś!!!- darli się na dole.

Zerwał się i podbiegł do okna. Odchylił zasłonę i wyjrzał na podwórko. Już byli. Rudy i Mały. Razem. Nic z tego nie rozumiał. Wiedział, że toczą jakąś wojnę ze sobą, że się nie lubią. Jednak przyszli po niego razem. Bardzo go to zdziwiło. Zapomniał o swoich lękach sprzed kilku chwil. Otworzył okno i pomachał chłopakom.

– Idę, idę. Tylko się ubiorę- krzyknął i chwycił w pośpiechu koszulkę i spodnie ze sterty ubrań leżących na środku pokoju. Pięć minut później był na dole. Jak zwykle nie musiał się nikomu tłumaczyć, usprawiedliwiać, że gdzieś wychodzi. Także śniadanie czy poranne mycie zębów było czymś, czego nie znał i w swoim mniemaniu, nie potrzebował. Poza tym, chłopaki nie mogli czekać nie wiadomo jak długo. Trzeba było spotkać się i ustalić ostatnie szczegóły.

– Cześć- spojrzał na nich zaspanym jeszcze oczami.

– Zaspałeś- rzucił Rudy. Był jakiś markotny. Zmęczony. Michaś przyjrzał mu się podejrzliwie, coś zdecydowanie nie grało. I to mu się nie spodobało. Poczuł niepokój. Zawsze trzymał się tego, że inni wiedzą lepiej, że się nie boją. Potrzebował, w pewnym sensie, opieki kolegów. Ich siły. Nieustępliwości. Ich, sam nie wiedział, jak to nazwać, „dorosłości”. Wtedy było dobrze. Sam mógł sobie pozwolić na niemyślenie i swoje małe lęki. Koledzy zawsze go obronią. Wytłumaczą. Przekonają. Jego prawdziwa rodzina. Lecz dziś coś zachwiało tą rodziną. Coś się musiało wydarzyć, ale Michaś nie wiedział co. I nie zamierzał pytać. I tak mu nie powiedzą.

– Trochę- usprawiedliwiał się cicho. –Ale już jestem gotowy.- Chciał, żeby zabrzmiało to stanowczo i pewnie.

– Janek czeka, idziemy.- Mały był wyraźnie podekscytowany. Nie zwracał uwagi ani na spóźnienie Michasia ani na dziwne zachowanie Rudego. Dla niego Rudy zawsze był dziwakiem. Nie trzeba się było nim przejmować. On, właśnie on, Mały, miał dziś poprowadzić akcję. Miał być szefem! Tylko to się liczyło!. Pobiegł przodem. Za nim toczył się Michaś, a na końcu powłócząc nogami szedł Rudy. Brakowało tylko Skuby. No i Janka.

Janek spoglądał na Skubę, który chodząc w tę i z powrotem, nerwowo obgryzał paznokcie.

– Już dawno powinni być. Gdzie oni się podziali?- pytał Janka. – Przecież zostało nam niedużo czasu. Zaraz będą pakować. No nie zdążymy… i trzeba będzie przekładać całą akcję. I w ogóle…

– Przestań marudzić- Janek postanowił przerwać monolog Skuby. Rany, on zawsze tak ma. Nagada się zupełnie niepotrzebnie, zdenerwuje mnie przy tym nieźle.- Zobacz. Idą przecież. Widać ich tam za parkingiem, widzisz?- Janek starał się nie pokazywać po sobie zdenerwowania.

– Widzę. Nareszcie- odetchnął z ulgą Skuba. Bał się, że nie wezmą się nigdy za tą fabrykę. Że przez tamtych coś nie wyjdzie, albo co gorsza odwlecze się w czasie. A już sobie wyobrażał jak fajnie będzie usiąść w krzakach z cukierkami na kolanach i jeść, jeść, zajadać się. Mmmm… pysznie. Tak się rozmarzył, że na jego twarzy wykwitł słodki uśmiech.

– Aleś się ucieszył na ich widok, no naprawdę. Ha, ha, ha- nawet Janek poweselał.

– Chłopaki, jesteście! Najwyższa pora.

– No przecież, nic się nie stało, po co te nerwy, jesteśmy- mówili jeden przez drugiego.- możemy zaczynać, chodźmy, bierzmy się do roboty.

-Spokój!!!- Janek starał się uspokoić rozbrykaną gromadkę- Uciszcie się!! Mamy jeszcze chwilę na obgadanie spraw. Uspokójcie się i przestańcie gadać!- Janek zaczynał się złościć. Czuł się, jak przed każdą taką „akcją”. Dreszczyk emocji, strachu, niepewności. Odpowiedzialność. Tak, może to dziwne, ale tak. On wymyślił ten skok, on wszystko ustalił, był więc odpowiedzialny za chłopaków. Dlatego bał się ich entuzjazmu, ich chaotycznego działania, niedojrzałości, kompleksów. Mimo wszystko byli tylko dzieciakami. Wiedział to, czuł, rozumiał. Tyle, że życie sobie z nich zakpiło. Było gówniane. Każdy z nich miał jakieś problemy. Każdy z nich zdany był na siebie samego i kumpli z podwórka. Tworzyli sobie swój własny świat, który rządził się innymi prawami, w którym było miejsce dla każdego wyrzutka, opuszczonego, zaniedbanego. Dorośli sami dali im do tego prawo. Cichą zgodę. Tak było wygodniej. Nic nie wiedzieć. Nie dociekać.

– Już? Mogę?- uspokoił myśli i już mógł działać jak zwykle. Twardy, pewny, niezależny. Takim chcieli go mieć chłopcy. Taki musiał być. Czasem spuścił jednemu czy drugiemu lanie. Jak Michasiowi. Musiał. Żeby zapewnić sobie posłuch. I ukarać. Tylko takie metody znał, jakoś sam do tego doszedł. Co prawda jego nikt nie bił, ale nie umiał powiedzieć, czy to naprawdę lepiej. Gdy cię biją, to znaczy, że coś do ciebie czują, choćby złość, niechęć. Widzą cię, słyszą, reagują na ciebie. On był niewidzialny. Dla matki nie istniał. Ojcu już dawno odbiło. Odgonił resztkę myśli.

– Chłopaki jest tak. Za godzinę zjawiacie się przed tamtym magazynem. Nikogo nie powinno zdziwić, że się pojawiliście. Zróbcie to jak zawsze. Podjedzie samochód. Otworzą go od tyłu, żeby załadować pudełka. Wtedy Mały wskoczy do środka. Poda wam pudła. Każdy z was może wziąć dwa. Bierzecie i uciekacie. Ile się da. Spotykamy się na gruzowisku. Jasne? – Janek miał nadzieję, że plan jest łatwy do zapamiętania i realizacji. Czekał jednak na potwierdzenie.

– Tak, jasne- powiedział Mały.- A jak nas zobaczą, przyłapią, wyjdą wcześniej?- pytał, choć z twarzy nie schodził mu uśmiech. Cały Mały.

– Jak powiedziałem, bierzecie ile się da. I biegniecie. Musicie być szybcy. Tyle. Nawet jeśli nas zobaczą, co z tego?? Kto nas znajdzie? Udowodni nam? Będzie dobrze. Za parę godzin będziemy leżeć i trzymać się za brzuchy.- Janek był jak zwykle przekonujący.

– Dobra nasza, wiemy jak i co- Mały już nie miał wątpliwości.

Janek spojrzał jeszcze na Rudego, który od wczoraj miał wisielczy humor. Trudno, przejdzie mu. Michaś wydawał się skupiony, a Skuba po prostu słuchał i przyjmował do wiadomości.

– Myślę, że jesteśmy gotowi. Widzimy się na umówionym miejscu. Powodzenia chłopaki- Janek uśmiechnął się do nich i pobiegł na gruzowisko.

Dzień był ciepły. Słońce ogrzewało ich małe ciałka, gdy tak szli, jeden za drugim. Tylko Mały podrygiwał wesoło, reszta wydawała się skupiona, a nawet wystraszona i zagubiona. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie ma już odwrotu. Musieli wykonać zadanie, które przydzielił im Janek. Tłumaczyli sobie, każdy na swój sposób, że to jedyne wyjście, żeby udowodnić, że są coś warci. Wciąż żądni pochwał, pragnący zrozumienia i akceptacji. Mogli sobie dać to wszystko sami.

Byli coraz bliżej magazynów. Z daleka widzieli krzątających się ludzi. Jedni przemieszczali się na wózkach widłowych i przewozili jakieś paczki, inni, w śmiesznych białych czepkach i fartuchach, kręcili się między dwoma budynkami, załatwiając jakieś swoje sprawy. Cała ta bieganina była niezrozumiała, ale nie było to istotne. Doszli do małego murku, na którym zasiedli jak zawsze. To była „baza wypadowa”, miejsce obserwacji i ogólnie rzecz ujmując, miejsce, gdzie można było poczuć słodki zapach krówek. Przedsionek raju, jak go czasem nazywał Janek.

– Gotowi?- pytał zniecierpliwiony Mały. Jak zwykle nie mógł usiedzieć w miejscu, więc krążył wokół kolegów.

– Czy mógłbyś się uspokoić, denerwujesz mnie- rzucił Rudy. Nie był zły. Raczej zrezygnowany. Po swoim niedawnym starciu z Jankiem, stracił cały rezon, uleciała z niego energia i radość. Nic nie mogło go wyrwać z tego odrętwienia, rudą głowę spuścił smutno w dół.

– Rudy co się dzieje?- zaniepokoił się Michaś. Znał kolegę od dawna, ale nie widział go jeszcze w takim stanie. Zazwyczaj żywy, ruchliwy, fakt, że często przeklinał i krzyczał na kolegów, ale mimo wszystko wolał tego Rudego, którego dobrze znał. Do którego był przyzwyczajony i wiedział, czego można się spodziewać.- Wszystko z tobą dobrze? – nie dawał za wygraną .

– Nic mi nie jest- Rudy odwrócił się tyłem do Michasia. Czuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. Zaczynało go piec pod powieką. – Zdecydowanie za często mi się to przytrafia ostatnio- myślał Rudy. – Powinienem się wycofać, póki jeszcze można…

– Chłopaki, jedzie- powiedział Skuba, ciągnąc za ramię Małego- jedzie, jedzie…

Rudy drgnął i zrozumiał, że jest już za późno na cokolwiek.- Do roboty – rzucił do chłopaków.

Mały samochód dostawczy podjechał pod rampę magazynu. Kierowca otworzył tylne drzwi, a za chwilę zniknął w budynku obok.

– Nawet nie zwrócił na nas uwagi- zaśmiał się Mały- mówiłem, że to był dobry pomysł. Przesiadywaliśmy tu przez tyle dni, że wszyscy się przyzwyczaili do nas- wciąż nie mógł powstrzymać radości- zaraz przyniesie pudełka, bądźcie przygotowani. Rudy? Wszystko gra?- zaniepokoił się. Rudy pobladł na twarzy. Patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie.- Rudy?!- Mały potrząsnął kolegę. Nie było jednak czasu na zabawę. W tej samej chwili pojawił się facet z kartonami. Po kolei ładował je do samochodu, po czym znikał za drzwiami magazynu. – Rudy ocknij się- prosił Mały, któremu uśmiech zaczął powoli znikać z twarzy. – Ruddyy!!!- zdążył jeszcze krzyknąć, ale Rudy biegł już w kierunku auta. Rzucił się do przodu jak dzikie zwierzę, czujące w pobliżu swoja ofiarę. Nie było czasu na wahanie.

– Chłopaki gazu, za nim!- rzucił krótko Mały. Wszyscy ruszyli śladem Rudego. Tamten pędził jednak jak szalony. Dopadł do auta i już był w środku.

– Cholera!- wyrwało się Michasiowi. Nikt nie miał nawet czasu zdziwić się, że zaklął.

– Bierze pudła! Ale numer- Mały zagwizdał cichutko. Kiedy dobiegli do dostawczaka, Rudy wyskoczył, taszcząc kilka pokaźnych pudeł.

– Bierzcie i w nogi- rzucił pudła pod nogi chłopaków, którzy szybko doszli do siebie, chwycili co się dało i pobiegli na gruzowisko.

– No, no, no- pokiwał głową Mały- ładnie. Sam wskoczył do auta i pomógł Rudemu wygrzebać jeszcze kilka pakunków.- Lecimy- rzucił przez ramię.- Rudy, słyszysz? Już dość- Mały wydawał się być zaniepokojony zachowaniem kolegi- Rudy wystarczy!! Musimy iść- starał się go przekonać.

Rudy nagle zastygł w bezruchu, wpatrywał się w pudełka piętrzące się przed nim na tyłach wozu. Wiedział, że musi już iść, jeśli nie chce zostać złapany, ale nie mógł się poruszyć. Mały chwycił go za ramię i pociągnął w kierunku wyjścia. Nie było już czasu na nic. Drzwi magazynu otworzyły się i pojawił się w nich kierowca samochodu.

– Czego tam szukacie?!! Złodziejskie nasienie!! – krzyczał biegnąc w ich kierunku. Rudy jakby odzyskał siły. Nikt nie musiał go już przekonywać, że należy opuścić teren fabryki. Młode, silne nogi niosły ich szybko i daleko. Wkrótce zniknęli za pobliskimi krzakami.

– Kurwa mać!!- zaklął kierowca- zwędzili kilka pudełek cukierków! Mendy jedne cholerne! Gówniarze!- dawał upust swojej wściekłości. – Trzeba obejrzeć nagranie z kamer. To na pewno te wyrostki z tamtych bloków. Przeklęta okolica. Degeneraci i alkoholicy. Wybić to całe towarzystwo, albo pozamykać. – jeszcze długo słychać było wyzwiska rzucane na lokatorów pobliskiego osiedla.

– Coście tacy zasapani? Gonili was czy co? – dopytywał Janek, który czekał na umówionym miejscu spotkania.- Zziajani jesteście, jakbyście w maratonie biegli- próbował żartować.

Chłopakom nie było do śmiechu.- Rudy- wysapał Skuba- trochę nas zaskoczył.

– Co to znaczy?- zaniepokoił się Janek- Zaskoczył?- poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła. Przypomniał sobie swoją ostatnią rozmowę z Rudym i jego dziwne zachowanie. Powinien wiedzieć, że to nie wróży nic dobrego! Wtedy jednak nie dopuścił do siebie żadnych wątpliwości. A teraz? Nie wiedział czego się spodziewać- Gadajcie- powiedział zupełnie spokojnie.

W tej samej chwili, wpadli zdyszani Rudy i Mały. Taszczyli ze sobą jeszcze po jednym pudełku słodkości i śmiali się do łez.

– Rudy widziałeś jego minę? Ale go zrobiliśmy!- trzymał się za brzuch Mały.

– Oj tak, dobry numer mu odwinęliśmy- Rudy poklepał Małego po ramieniu.

Janek musiał przyznać przed samym sobą, że nic nie rozumie z tego całego zamieszania. Jeszcze wczoraj Rudy zarzekał się, że nie będzie zadawał się z Małym, a dziś przyjaźnie poklepują się po ramieniu.

– Co do cholery!!- Janek nie wytrzymał.- Może wyjaśnicie mi o co w tym wszystkim chodzi?!

Był cały czerwony. Naprawdę zezłościła go ta dziwna sytuacja. Pierwszy raz czuł, że nie kontroluje swojej gromadki. Coś wydarzyło się za jego plecami. Nie miał już władzy nad chłopakami, zaczęli mu się wymykać, wyślizgiwać z rąk. Strach ścisnął go za gardło. W bezsilności opuścił ręce i czekał stojąc naprzeciwko Rudego.

– Spoko, Janek, nie złość się, przecież dostałeś swoje cukierki- Rudy powiedział to wyjątkowo spokojnie, ze swoim krzywym uśmiechem na ustach. Janek zdał sobie sprawę, że tego chłopaka utracił raz na zawsze. Nie wiedział tylko dlaczego.

– Nie chodziło o te zasrane cukierki! Nie rozumiecie?! To było coś więcej! A wy urządzacie z tego kabaret!- sam nie wiedział jak z nimi rozmawiać. Był pewny, że cała sprawa przyjmie niekorzystny obrót. Na dnie podświadomości tkwiło przeświadczenie, że wszystko źle się skończy.

– Ja tam nie wiem. Miały być krówki, są krówki- wzruszył ramionami Mały, a Rudy odwrócił się na pięcie, otworzył pudło i wyjął garść cukierków.

– Smacznego Janek- kiwnął w stronę swojego przywódcy- poczęstuj się.

Chłopaki rzucili się na słodkości. Tylko Janek stał i przyglądał się swemu dziełu. Bez słowa odszedł do domu.

– Przyznać się, kto zabrał krówki. Już. W tej chwili, proszę mówić, gdzie są i kto to zrobił!- Mówił podniesionym głosem. Widać było, że nie żartuje. Był poważny, zły i oczekiwał jasnej odpowiedzi. Chłopcy stali ze zwieszonymi głowami, nie mówili. Nie wiedzieli co mieliby powiedzieć i jak się wybronić. Przecież z góry skazani byli na przegraną. I tak każdy będzie pokazywał ich palcami. Teraz będą także wołać za nimi „złodzieje”.

Złapali ich niecałą godzinę po akcji. Nikt nie miał wątpliwości, gdzie ich szukać. Rudy, Mały i Michaś nie zdążyli się ukryć. Zresztą Rudy nie miał na to siły. Wiedział, że to już jego ostatnia akcja, że dziś kończy się pewien etap w jego życiu. Michaś był przerażony, bez opieki Janka nie wiedział, jak się zachować, jak ratować. Mały wierzył, że zdarzy się cud i ich wypuszczą, bo przecież nie mogą im niczego udowodnić. Uśmiechał się pod nosem, obserwując czubki swoich butów.

– Zgłosiłem kradzież na policję. Już wkrótce zjawi się u was, będziecie mieli dużo nieprzyjemności. Lepiej dla was, żebyście przyznali się i po prostu oddali cukierki- jego głos był nadal stanowczy. Wyglądał groźnie. Tym bardziej, iż był potężnym, grubym mężczyzną, o poważnym wyrazie twarzy- Dla waszego dobra. Mówcie.

Rudy pobladł. Poczuł, jak robi mu się słabo. Chyba będę wymiotował- pomyślał.- Niedobrze mi. Przypomniała mu się rozmowa z Jankiem, jego złość w spojrzeniu, szarpnięcie za ramię, cała beznadzieja sytuacji. Nagle zdał sobie sprawę z tego, iż musi się ratować. Musi się sam obronić. Inaczej matka urwie mu głowę! Będzie miał przechlapane. Zamknął oczy. Usłyszał głos matki, jej krzyk. Zobaczył jej oczy. Jakiś dziwny błysk, łzy? Smutek?

– To nie my. To Janek- wyrwało mu się z ust. Odetchnął pełną piersią. Poczuł niezmierną ulgę, jak nigdy.- Janek. Nasz… kolega, starszy. To on nam kazał. Musieliśmy. On ma cukierki. To wszystko jego pomysł. Janka…