Zaznacz stronę

Postanowiłam zobaczyć prawdziwy Nowy Jork. Zostało mi w kieszeni niewiele pieniędzy. Kupiłam w kiosku mapę metra, przewodnik po NY i bilet. A potem z mapami w ręku ruszyłam w świat. Kiedy opuszczałam metro na Manhattanie, serce chciało mi wyskoczyć. Zadarłam głowę do góry, by zobaczyć szczyty budynków. Piękne, mroźne, błękitne niebo i zahaczające o nie wierzchołki drapaczy chmur. Tak, ich nazwa nie jest przypadkowa. Zrozumiałam od razu. Nowy Jork jest piękny, a ja chciałam zobaczyć wszystko na raz. Zajrzałam do kieszeni. Tylko kilkadziesiąt dolarów. Mało. Na cokolwiek. „ Jesteś w Nowym Jorku, do cholery!!- krzyczało coś w głębi mojej świadomości. Ruszaj!” Pomachałam ręka w kierunku żółtej taksówki, tej sławnej, obłędnie żółtej, prowadzonej w większości przypadków przez Hindusów. I zobaczyłam oturbanioną głowę przyglądającą mi się z nieukrywaną ciekawością. Gapiliśmy się na siebie, jak na małpy w ZOO. „Hi! I want to see New York. Everything. But I have only 20 $”…to było pierwsze długie zdanie wypowiedziane przeze mnie po angielsku. Udało się. Zrozumiał! „Ok.!”- krzyknął do mnie z szerokim uśmiechem i pognał przed siebie. A ja z nosem przyklejonym do szyby chłonęłam obrazy. Kolejne budynki, tłumy przechodniów, inne gnające yellow cabs i dłuuugie limuzyny. To było szybkie, pierwsze zwiedzanie Nowego Jorku. Dziwnie? E tam.. po prostu oryginalnie. A kiedy wysiadłam z taxi i chciałam wrócić, wyciągnęłam mapę z kieszeni, stanęłam i próbowałam się zlokalizować. I widzę człowieka w liberii, stoi przed drzwiami ogromnego budynku, przy nim zaś wszechobecne amerykańskie flagi. Myślę sobie, zapytam o drogę. I wyciągam do niego tą swoją mapę i pytam nieporadnie, czy mógłby mi pomóc i tak w ogóle to gdzie ja jestem, bo chyba się zgubiłam. Robię przy tym minę odpowiednią do sytuacji, trochę rozkojarzoną, trochę nieporadną, a trochę zaczepną. Człowiek w liberii spojrzał na mnie nieprzychylnym, zdziwionym wzrokiem, wskazując przy tym na znak (którego, o ironio, nie zauważyłam;)) i wyrzucając z siebie jedno, powtarzam jedno słowo (no, jak kto się uprze to dwa), „Wall Street!”

Zakład „U Tito”, czyli włoski „Barber Shop”.

Żadna praca nie hańbi, żadnej pracy się nie boję i „pecunia non olet” to były mądrości życiowe, które towarzyszyły mi podczas pobytu w USA. I dobrze. Dziś wiem, że to była słuszna droga, gdyż wzbogaciła moje życie o niesłychane doznania, przygody, doświadczenia. Pobyt w Stanach wiele mnie nauczył, zmienił mój pogląd na wiele spraw, ubogacił wewnętrznie. I te wspomnienia. Tego nie sposób przecenić i co najważniejsze, zawsze ze mną będą. A czy dziś żyłabym tak samo? Oczywiście, że nie! Wszystko zrobiłabym inaczej, bo jestem bogatsza właśnie o tamte przeżycia (i naturalnie wiele innych). Tak się jednak nie da. Ani cofnąć czasu, ani przewidzieć zdarzeń, ani nawet swoich reakcji i wyborów. Lecz właśnie tak jest najpiękniej. I w ten sposób tłumaczę sobie swoje życie.
A Wy? Jak to widzicie? Jak jest z Waszymi wspomnieniami?

Gdy praca „przy zegarkach” zbrzydła mi totalnie, musiałam szukać innego zajęcia. Przypadkiem trafiłam na ogłoszenie u fryzjera. Barber Shop znajdował się w dzielnicy żydowskiej, a prowadził go rodowity Włoch. Był to starszy, siwy pan o imieniu Tito. Postanowiłam zaryzykować i zapytać o pracę. Mój cały pobyt to było działanie na granicy ryzyka, czy też szaleństwa. Ale o dziwo, pracę dostałam. Tito pyta: „Umiesz strzyc?” Ja na to: „Nie.” „Umiesz golić?”, „Nie.” „Dobra, będziesz myć głowy.” Do pewnego czasu praca u Tito była spełnieniem marzeń Myłam głowy, zbierałam ręczniki i sprzątałam zawsze czysty zakład. W przerwach siadywałam z Tito i jego włoskimi kumplami i kosztowałam prawdziwą parmeńską szynkę. Czasem biegałam do pobliskiego sklepu po lunch dla wszystkich, czasem na zakupy w okolicznych centrach handlowych. Razu pewnego Tito zapytał mnie, czy nie pojechałabym z nim na wyścigi konne. Rany! Jasne, że tak! Przecież zawsze miałam żyłkę do hazardu;) I wybraliśmy się obstawić. Tito był stałym bywalcem, więc opowiedział mi i pokazał dosłownie wszystko, co sam wiedział. Obejrzałam konie, które miały się ścigać i wybrałam jednego. Ubrany w zielone barwy, dziś już dobrze nie pamiętam, ale chyba z numerem 5. Tito pokręcił głową z dezaprobatą: „No. It’s impossible”, a ja przez przekorę i z niebywałą pewnością: „Five, please.” Postawiłam chyba 5$, a wygrałam 10 razy tyle „Szczęście początkującego”- oznajmił mój włoski towarzysz. Może… wolałam nie sprawdzać. Przepełniona szczęściem, wydałam potem moje dolce na ciuchy. Ale emocji nie zapomnę nigdy, chętnie doznałabym ich raz jeszcze. Tito zapadł mi w pamięć, był miłym staruszkiem, dużo opowiadającym i zadającym mnóstwo pytań. Ćwiczyłam przy nim swój angielski, co naprawdę dobrze mi zrobiło. Także u niego poznałam wspaniałą dziewczynę o perlistym śmiechu. Dziś już pamiętam tylko ten śmiech i opowieści o ukochanych bliźniakach. Mam gdzieś ukryte zdjęcie jej rodziny, na którym szeroko się uśmiechają. Z tego okresu mam w głowie jeszcze jedno wspomnienie, kiedy boso wędrowałam w deszczu na przystanek… było już ciepłe lato, deszcz był przecudnie orzeźwiający, prawie nikogo po drodze, a ja szłam, głośno nuciłam jakiś hit i na ustach miałam jedno słowo, którym obdarzył mnie pewien tamtejszy znajomy: „gipsy”. Oh, yes, I was a gipsy at that time..