Zaznacz stronę

…wyprawa w wielki świat.

Bardzo pragnęłam studiować. A potem strasznie chciałam zrobić sobie w studiowaniu przerwę. W zasadzie miałam dość. Czy to normalne, czy po prostu ja tak miewam, nie wnikam. Z perspektywy czasu jest to mało istotne i po prostu nieciekawe. Przyszedł czas, by zakosztować w życiu czegoś innego, a że nadarzyła się okazja, wyruszyłam w świat. Światem był Nowy Jork. Jak do tego doszło? Jak mi się udało? Przecież potrzeba kasy, trzeba zdobyć wizę, jakość się urządzić tam na miejscu. Przecież nie można tak w ciemno, tak daleko… a no nie można. A jednak, to było moje małe szaleństwo. Rodzice dali się przekonać, że pojechać powinnam i że będę tam bezpieczna. Miałam, Moi Drodzy, najwyraźniej dar przekonywania. Wybierała się tam także moja przyjaciółka, której mama od lat mieszkała w NY, to był więc argument nr 1! Mocny i w sam raz dla rodziców Reszty argumentów nie pamiętam… Dostałam pieniądze na bilet i 200 $ w kieszeń. Miałam tam być 3 miesiące. Byłam 6.

Konsula przekonałam, bo:
1. Byłam w trakcie studiów.
2. Postarałam się o indeks na drugi, fakultatywny kierunek (bez żadnych egzaminów oczywiście, to było celowe, zaplanowane działanie).
3. Miałam pieniądze na bilet i „kieszonkowe”.
4. Dostałam w prezencie urodzinowym od przyjaciółki „zaproszenie” od znajomego rodziny, który okazał się być moim „wujem” (dobry Wujek Sam) gwarantującym zakwaterowanie i wyżywienie.

W ten oto sposób, wyjątkowo mroźnej amerykańskiej zimy, moja stopa stanęła w Nowym Jorku. Jakież było moje zdumienie, gdy powieziono mnie do dzielnicy, gdzie nawet nie było namiastki NY znanego z filmów i opowieści. Ani drapacza chmur, ani tłumu pędzących ludzi. Żadnej żółtej taksówki, ani metra. Niskie domki z ogródkami i the end. Dupa. Kolejne rozczarowanie przyszło następnego dnia. Wujek nie miał dla mnie lokum. Ups. Trochę byłam przerażona. Musiałam bardzo szybko znaleźć miejsce do życia, ale także robotę. I to było wyzwanie! Uwierzcie mi, że miałam moment załamania, bo kompletnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać! Mój angielski był na poziomie „how are you?” i pomieszania z poplątaniem. Wiedziałam jedno, jeśli będę żyć z Polakami, pracować z nimi, nigdy nie nauczę się angielskiego i nigdy nie zobaczę prawdziwego Nowego Jorku. Plan był zacny, przystąpiłam więc do realizacji. Moja przyjaciółka miała jeszcze parę dni do rozpoczęcia swojej pracy i wiedziała sporo o nowojorskich zwyczajach. Postanowiłyśmy więc zacząć od pracy „z łapanki”. Niezwykłe i zdumiewające doświadczenie dla wszystkich łaknących przygód i nie bojących się wywiezienia/porwania :-D. A wygląda to mniej więcej tak.. Wszyscy chętni ustawiają się w wyznaczonym miejscu. Przepraszam, że tak to ujmę, ale jak prostytutki na rogu. Bo trochę to tak wygląda, nie sądzicie? Stoi kilka osób, nie oszukujmy się, są to głównie młode dziewczyny i czekają… na co? Sama nie wiedziałam wtedy, szłam na żywioł. Totalne wariactwo! Podjeżdża samochód. Wychyla się z niego młoda kobieta i pyta kto chce dziś zarobić? Chętni wsiadają do wozu i odjeżdżają w nieznane. Pomyślcie. Obcy kraj, zero rodziny, nikt nie wie, gdzie jestem i co robię. W zasadzie nie do wyśledzenia, odnalezienia. Ale siedzę teraz bezpiecznie w domu, za biurkiem i opowiadam Wam te strasznie fajne przygody. Trafiłyśmy do fabryki będącej w posiadaniu rodziny Żydów. Bogatych, aż do nieprzyzwoitości, ortodoksyjnych Żydów. Oczywiście Panów Żydów widziałyśmy tylko w przelocie, absolutnie nie można im było z nami rozmawiać, wszystkie interesy załatwiały z nami żony, córki, siostry, panie. Fabryka wydała mi się dość podejrzaną inicjatywą. Nasza praca polegała na przygotowywaniu starych? zużytych? zegarków do sprzedaży. Myłyśmy je, szlifowałyśmy, usuwałyśmy niedoskonałości. Coś wspaniałego! Ubrane w fartuchy, czasem maseczki czy specjalne gogle, zależy którą maszynę przyszło nam obsługiwać. Praca dość monotonna i mało rozwijająca, ale za to jest o czym opowiadać. No i zarobiłam moje pierwsze $. Wróciłam tam jeszcze parę razy. A potem mi zbrzydło. 