Zaznacz stronę

Długo zastanawiałam się, o czym będzie mój blog. Nie mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że już wiem. Myślę, że tematy „pojawią” się same, znienacka, może nawet trochę mnie zaskoczą? Powiedziałam Wam, jak to wszystko się zaczęło. Wyszło trochę jak bajka? Ach, życie jest bajką przecież! Piękną opowieścią, którą w większości piszemy sami. Każdy z nas jest artystą, nawet jeśli za takiego się nie uważa, nawet jeśli przeczy i kręci z niedowierzaniem głową. Tak więc, opowiedziałam Wam tak szybko i krótko, wiem, że nie wszyscy macie czas, nie wszyscy lubicie czytać, nie chcecie też, aby zaprzątać Wam głowę duperelami. Co Was to w końcu może interesować. Tak czy siak, ja pisać sobie będę. Jeśli będziecie czytać, będę zaszczycona! Jeśli nie, schowam dumę w kieszeń i uznam, że macie milion ważniejszych spraw na głowie. I dalej będę pisać. A jeśli nadal będziecie pytać, po co, dlaczego, w jakim celu? Odpowiem Wam krótko: bo wszystko inne mi się znudziło, obmierzło mi, przestało dawać radość i satysfakcję, rozczarowało i zakpiło ze mnie! Chcecie się podbudować i zobaczyć, jaką ścieżkę przebyłam, by dojść tu? Czy macie nieodpartą chęć spojrzenia na moje, pożal się Boże, życie zawodowe? Karierę w polskich firmach? I kilka przygód od czapy? Chcecie? To zapraszam. Jeśli nie, nie pogniewam się, biegnijcie do swoich spraw.

Historia pewnego depilatora

Teraz chcę rozruszać Waszą wyobraźnię. Mam nadzieję, że damy radę Jest piękne, ciepłe lato. Wiecie jak pachnie letni poranek? Dla każdego z Was na pewno inaczej. I to jest jak najbardziej w porządku. A zatem, jest piękny, ciepły, pachnący letni poranek. Kraków, stare miasto. Wkraczacie w jego serce przez Bramę Floriańską. Macie 19 lat, głowę pełną pomysłów, planów, marzeń, a serce przepełnione ekscytacją. Zaczynacie przygodę życia! Teraz wakacje, a potem wymarzone studia! Cóż, świat stoi otworem, a Wam wydaje się, że Pana Boga za pięty chwyciliście! Jest cudnie. Idziecie przed siebie, bo pierwszy plan jest taki, aby znaleźć pracę. Bo macie, co prawda, parę groszy w kieszeni, ale i dumę i ambicję, żeby światu udowodnić, że sami możecie, że nawet powinniście. Pamiętacie ten dreszczyk emocji? Zarabiać swoje pieniądze! Zawdzięczać je sobie samemu, cóż za wspaniałe uczucie! Właśnie taka sytuacja. Ja, jakiś czas temu (dawno). I widzę pierwszą kartkę na witrynie, na Floriańskiej właśnie, tuż za Bramą, krzyczy do mnie koślawymi literami „szukamy do pracy”!!! Serce załomotało. No, bo kiedyś łomotało w takich okolicznościach właśnie Myślę sobie, do dzieła! I zagadałam, że ja w sprawie tych wrzeszczących napisów na oknie, i że mogę od już, natychmiast. I zaczęłam. Nie natychmiast, ale dnia następnego. I to była najpiękniejsza praca, jaką miałam przez te …no wiele..lat.

Każdego ranka, wtedy dla mnie bardzo wcześnie, gdyż około 6 rano, zaczynałam dzień na Floriańskiej. A upływał on pod znakiem mleka, wanilii i zapachu świeżego pieczywa po sąsiedzku. Zaraz „o świcie” odbierałyśmy od mleczarza mleko, a potem rozgrzewałyśmy maszyny… do lodów, do gofrów. Pracowałam w raju. Było to miejsce, gdzie sprzedawałyśmy najwspanialsze lody na całym krakowskim rynku, a do tego cudnie rozpływające się w ustach gofry, zaś nieco później, zapiekanki słynne wśród zgłodniałych, wracających z nocnej imprezy studentów. To był mój pierwszy biznes. Tak zarabiałam pieniądze, kiedy miałam 19 lat. Jest to moje najlepsze wspomnienie związanie z pracą. Zapytacie dlaczego? Mój wysiłek przekładał się na mierzalny efekt- ilość zjedzonych, a raczej „zlizanych” lodów, skonsumowanych gofrów, tempo w jakim znikały składniki do zapiekanek, czy ilość wyjść „na miasto” w celu dokupienia świeżej bagietki. Każdy dzień był dniem w ruchu, w nieustannej krzątaninie. Ponieważ lokalik był malutki, postanowiłyśmy wystawić maszynę do lodów na zewnątrz, wyjść, jak to mówią, ludziom naprzeciw. I choć codziennie ustawiały się dosłownie tłumy złaknionych lodowej ochłody lodożerców, nigdy nie miałam dość ludzi, jeśli wiecie, co mam na myśli. Moja robota była bezstresowa, przyjemna choć męcząca. Pod wieczór bolały nogi od ciągłego stania, ale to zmęczenie było wyjątkowo przyjemne. Wiem, wiem… byłam młoda, nie skażona, bez doświadczenia i naleciałości. Otwarta na świat, chłonęłam wszystko, co los podsuwał mi pod nos. A najfajniejsze było to, że byłyśmy my- trzy Agnieszki i, że każdego wieczora pachniałam mlekiem, jak matka karmiąca

Po pracy biegałyśmy na zimne piwo do którejś z podziemnych krakowskich knajpek, by w końcu usiąść i kosztować czegoś innego niż lody. Okazało się bowiem, że lodami można się najadać. Ileż ja wtedy ich pożarłam! Ile dzieciaków obdarowało mnie uśmiechem, kiedy sprzedawałam im wielkie lody zamiast małych! Jak cudnie było oddychać atmosfera pięknego, starego, poczciwego Krakowa!
A wiecie co kupiłam za pierwsza pensję? Depilator!! Pamiętam, słowa Pani wybierającej mi odpowiedni model: „A więc kolejna kobieta, która chce cierpieć dobrowolnie..” Ach, jakie to było słodkie cierpienie, mieć gładkie nogi za sprawą pierwszych własnoręcznie wykręconych lodów!:) Dziś już nie posiadam owego narzędzia istnych tortur (Pani miała niestety rację), przerzuciłam się na maszynkę do golenia, ale często wspominam pracę, która pomogła mi dorastać, zdobywać pierwsze doświadczenia i sprawiła, że tamto lato było naprawdę wyjątkowe.

A Wy? Jak to jest z Waszą pierwszą pracą? Pamiętacie ją? A może właśnie ją zaczynacie? Podzielcie się wspomnieniami.