Zaznacz stronę

Zwariowałam. Prawdopodobnie tak. Lecz, cytując, tylko wariaci są coś warci. Poza tym, gdzie przebiega granica między obłędem a normalnością? I czy wszystko jest tym, czym wydaje się być? Tak. Mogłabym rozpocząć moją historię od prostego stwierdzenia jak wyżej. Co czynię niniejszym. Pewnego dnia, jakiś już czas temu, obudziłam się ze słowem na ustach- „aberracja”. Czy mi się przyśniło, czy było zapowiedzią mego późniejszego stanu, nie odkryłam do dziś. Dość, że słowo to, ni mniej ni więcej, oznacza szaleństwo. Tu moja opowieść nieco się komplikuje, ponieważ stwierdzenie to wymaga uzasadnienia, co nie zawsze przychodzi mi z łatwością. Znacie ten stan, gdy przyjmujecie coś za pewnik, ale ni w ząb nie wiecie jak to wytłumaczyć? Ja znajduję się właśnie w tym punkcie.

Przejawem mego wariactwa jest już choćby to, że piszę coś na kształt mojej własnej opowieści. Że mając pracę, będąc na etacie, postanowiłam to wszystko rzucić, zakończyć, pożegnać raz na zawsze. I co powiecie, nie jest to szaleństwo?! Dziś, gdy wszyscy szukają pracy, ja swoją oddaję. A proszę Was bardzo, bierzcie ją sobie! I niech Wam służy! Tyle w temacie. Ja zaś mam plan, aby kontynuować swoje wariactwo, bo teraz to już nie mam wyjścia. Słowo się rzekło, zakładam własną firmę. Słyszycie, jak to brzmi- WŁASNĄ, wielkimi literami. A jakiż to ja mam fach w ręku, zapytacie, że porywam się na własne biznesy? Słusznie zapytujecie, a ja Wam odpowiem. W końcu piszę o sobie opowieść. Szaleństwo, co prawda, nie wymaga usprawiedliwienia, ale co tam, powiem Wam. A było to tak..

-Tato, tato przeczytaj mi! Proszę!- to ja, może czteroletnia, może trzyletnia.
– Czy znowu to samo? Ileż razy można czytać tą samą książkę?! Dziecko!- to tato. Mój pierwszy Bohater i Książę na białym rumaku.
– Tato, to moja ulubiona. Proszę!- czarujący uśmiech na twarzy dziecięcia. Przekonujący, rozbrajający. I zasiadamy razem. Tato na fotelu, ja na kolanach mego Bohatera. Pełna radości, wtulona.
-„Pewnego razu, bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek mieszkał sobie Kubuś Puchatek zupełnie sam w lesie…”- westchnienie taty- „pod nazwiskiem Pana Woreczko…”- pisk radości córki.
I tak się to zaczęło. To znaczy, tak sądzę. Wtedy bowiem zaczęła się moja przygoda ze słowem. Najpierw czytanym. Przez innych. Później przez siebie samą, dla siebie samej. Następnie przez siebie dla innych. W którymś momencie, jakby naturalną koleją rzeczy, wpadłam na pomysł, że ja też mogę pisać. Cokolwiek. Do szuflady na przykład, jak to mówią. I pisałam. Dla siebie, później dla innych, ku pomocy. Ale wciąż było to jedynie hobby, powoli kształtujące się pragnienie, marzenie może. Silne poczucie chcenia. Żeby pisać, więcej i więcej i mądrzej, ciekawiej.
-Kiedyś napiszę książkę. Będę miała wielkie biurko, skórzany fotel i piękną maszynę do pisania!- to ja mająca jakieś kilkanaście lat.
-Pisz dziecko, pisz- uśmiech otoczenia, życzliwy, czasem pobłażliwy. Zawsze jednak wspierający.

Dziś postanowiłam przekuć plany w czyny. Jednym słowem, pisać. Jeśli przy tym uda mi się połączyć pasję ze sposobem na życie, to będzie mój sukces. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, co pisać? W czym będę naprawdę dobra? Czym przekonam? Poruszę innych?

Dziś daleko w tyle został Kubuś Puchatek, mojego pierwszego Bohatera nie ma już ze mną, ale marzenie jest wciąż silne, może nawet silniejsze niż do tej pory.
Oddając hołd moim pierwszym motywatorom– Tacie i Kubusiowi- rozpoczynam podróż w niczym nieograniczony świat słów. Dajcie się unieść wraz ze mną. W końcu, jak mawiał mój Pierwszy i Najważniejszy Bohater: „ co ma być to będzie….”