Zaznacz stronę
Pewnego razu, gdy czyściłam zegarki w żydowskiej fabryce, podeszła do mnie młodziutka, bardzo ładna Żydówka i zapytała, czy nie chciałabym sobie jeszcze dorobić. Oczywiście, że chciałam. Przyda się parę dolców więcej, będzie na ciuchy. I pojechałam z nią do domu. Chodziło o to, żeby pomóc jej w porządkach. Pomóc, znaczyło zrobić za nią. Była w domu ona i dzieci. Nie pamiętam, ile w sumie ich było. Za to pamiętam dokładnie jedno, najmłodsze, wrzeszczące, które posadziła w bujaczku, żebym jeszcze sprzątając, pilnowała go. Dzieciak wydzierał się w niebogłosy i za żadne skarby nie chciał przestać. Moje doświadczenie z dziećmi było wtedy żadne, a i chęci do opieki nad małymi ludźmi nie miałam. No cóż, nie to miałam wtedy w głowie, po prostu. Dziecko więc krzyczało, a ja robiłam swoje. To znaczy próbowałam. Zastanawiałam się, czemu matka nie zjawi się i nie zabierze, nie uspokoi malca. Był już późny wieczór, a ja miałam naprawdę kupę roboty. W domu panował nieziemski bałagan! Prawdę mówiąc, taki syf widziałam pierwszy raz w życiu. Zaczęłam od kuchni, w której było po prostu wszystko. Co konieczne i co zupełnie zbędne. Na kuchennym blacie poniewierały się ubrania dziecięce, zabawki, a nawet jeden maleńki buciczek. Drugiego nie znalazłam. Pewnie z braku czasu. Po podłodze wlały się resztki jedzenia, niektóre już zdrowo zastygłe, co wskazywałoby na długi okres ich zalegania. Inne świeże, jakby dopiero co rozlane, rzucone w pośpiechu na podłogę. Moją pierwszą, naturalną i zrozumiałą reakcją było zdziwienie. Jak można doprowadzić dom do takiego stanu?! Jak widać można. Kiedy przestałam się dziwić, opanowało mnie inne zgoła uczucie, strachu. Pierwszy raz pojawił się u mnie lęk przed robotą. Zaraz za nim przyszło obrzydzenie. Uczucia te uzupełniały się doskonale, przeplatały ze sobą, a gdy już wydawało mi się, że mnie opanują kompletnie i będę musiała wiać, przyszło opanowanie. Powiedziałam sobie krótko: „do dzieła”. I zaraz potem: „nie wszystko musi być idealnie. Cokolwiek nie zrobię i tak będzie ekstra, biorąc pod uwagę stan domu”. Uśmiechnęłam się pod nosem i zrealizowałam iście szatański plan. Pomyłam, ogarnęłam, wiele rzeczy upchnęłam do szafek, nie zważając czy miejsce pasuje charakterem do upychanego przedmiotu. Z zawiłych tłumaczeń właścicielki, co jest koszerne, a co nie, zrozumiałam niewiele. To nie będzie jej grzech, jeśli omylę, ona mi mówiła, a ja nie pojęłam! Bo też mieli w domu dwa zlewozmywaki, oddzielne dla naczyń, w których przygotowywane i spożywane są produkty mięsne, oddzielne, dla tych, którymi posługują się przy spożywaniu produktów i potraw mlecznych. Naczynia, zastawy, sztućce, wszystko osobno. Dla nowicjusza sprawa skomplikowana. Moje porządki w tym domostwie zapewne pozostawiały wiele do życzenia, ale efekt i tak był piorunujący. Było czysto. Zniknęły resztki jedzenia (nie pamiętam, czy udało mi się je powrzucać do odpowiednik pojemników), podłogi zostały umyte, blaty wytarte, rzeczy poukładane (w miarę), wrzeszczące dziecko zostało zabrane przez matkę. Po kilku godzinach mordęgi, dostałam do obgryzienia jakieś kości na kolację i coś do picia. Umknęłam, żeby przed nocą dotrzeć do domu. Nie będę oszukiwać, że nie bałam się przejażdżki metrem o tak późnej porze. Na dodatek nie bardzo wiedziałam, jak wydostać się z dzielnicy. W jedną stronę jechałam samochodem, więc wyobrażenie miałam żadne. Próbowałam dopytać o drogę, ale mijałam tylko żydowskich mężczyzn, w długich czarnych płaszczach z kapeluszami na głowie i swoimi śmiesznymi pejsami. Oni nie zwracali uwagi na moje zaczepki, o po prostu im nie wolno. Kobieta i jeszcze nie Żydówka, pyta w nocy o drogę. O zgrozo! Dopiero jakieś dwie młode dziewczyny poprowadziły mnie do przystanku metra. Z duszą na ramieniu przemierzyłam drogę do siebie. A to, co najbardziej utknęło mi w głowie, to nie tylko bucik dziecięcy, ale również telefon w toalecie. Mały kibelek, w którym wisiał talit, czyli modlitewna chusta, leżał modlitewnik, a na ścianie wisiał… telefon. O taki połączenie tego co świeckie z tym, co uświęcone. Tylko miejsce takie trochę… nietypowe.