Zaznacz stronę

Chciałabym na chwilę wrócić z mojej podróży w czasie i opowiedzieć o wydarzeniach całkiem nieodległych, które jeszcze na świeżo zamieszkują zakamarki mojej pamięci. Poświęcę im nieco więcej miejsca, tylko dlatego, że stały się one inspiracją do napisania opowiadania. Otóż nie chodzi o to, że praca była wyjątkowa, nadzwyczaj ciekawa, czy satysfakcjonująca. Ot, pensja była stała, na czas, praca na miejscu, niedaleko domu, a ludzie z mego działu tworzyli interesującą mieszaninę całkiem odmiennych charakterów. Chodziłam do pracy chętnie, ale zastanawiałam się, czy to jest właśnie ta praca, w której chcę pozostać na zawsze. Nie zżymajcie się proszę na mnie. Nie chodzi o to, że wybrzydzam, przebieram, czy uważam się za kogoś lepszego, komu należy się jakaś „nadzwyczajna” fucha. Absolutnie nie chodzi o to! Motywy są zupełnie inne, a ja naprawdę umiem ciężko pracować i roboty się nie boję. Marzę tylko, żeby moja praca dawała mi SATYSFAKCJĘ, bym nie stała się zrzędzącą, wiecznie niezadowoloną babką, która patrząc wstecz nie widzi nic pozytywnego, a patrząc w przyszłość, wykrzywia usta w grymasie. Nie chcę być zgorzkniała, chcę dzieciom przekazać swoje doświadczenia i powiedzieć kiedyś, że wywalczyłam, czy też „wychodziłam” sobie robotę marzeń. Moich oczywiście. A co to oznacza? Pomyślcie. Co to oznacza dla Was? Czyż nie warto czasem zaryzykować? Szukać? Dążyć? Nawet jeśli to trochę „niedorosłe”, dziecinne, infantylne, głupie, wiecznie poddawane krytyce? Nie warto? Oglądaliście „Zaplątani”? Gonicie za marzeniem? Goniliście? A może chcecie spróbować, bo przecież nigdy nie jest za późno..

A zatem opowiadanie powstało, gdy pewnego dnia, w mojej niewymarzonej pracy, doszło do drobnego incydentu z udziałem dzieciaków z pobliskiego osiedla. Zdarzenie jest najprawdziwsze, a otoczka… no cóż.. rzeczywistość wykreowałam sama, ale przecież mogło tak być. Nic nie jest przecież niemożliwe. Zresztą sami powiedzcie.